Internet aż wrze od postów osób, które się licytują, kto z nich jest większym minimalistą. Bo nie można nim być mając 30 par skarpetek albo będąc prawnikiem (taki argument też widziałam). Oj lubimy udowadniać, że jesteśmy w czymś lepsi, że nasze jest bardziej nasze i że umiemy lepiej.

Od pojawienia się na świecie naszego dziecka mam wrażenie, że trudniej zapanować nad rzeczami. Przychodzą do naszego domu nieproszone, brzydkie i głośne a argument jest zawsze ten sam: to dla niej, nie dla nas. Oczywiście sukcesywnie ukrywamy/wyrzucamy te rzeczy (wiem, zaraz pojawią się głosy oburzenia, ale to temat na inny wpis) jednak ta sytuacja skłoniła mojego Męża do myśli, że on też chce mieć mało rzeczy. Czerpie szaloną radość z ich usuwania (jak dla mnie jest wspaniałym Redukcjonistą;)). To rodzi dużo przemyśleń i stąd też ten wpis.

Mój minimalizm osiągnął fazę, której nie da się dalej przekroczyć. Gdybym miała coś zabrać z płonącego budynku z pewnością byłoby to nic. Żadnych zdjęć, pamiętników ani drogiego sprzętu. Uzmysłowiłam to sobie przy opóźnionym locie, na greckim lotnisku w środku nocy. Mieliśmy przy sobie tylko bagaż podręczny (głównie z pampersami, jedzeniem o zabawkami dla dziecka) a mój Mąż irytował się, że będziemy później w domu. Nie byłam w stanie go zrozumieć. Dla mnie było to bez różnicy: sucho, ciepło, dwie najważniejsze, najbliższe osoby są tuż obok – nic więcej mi nie potrzeba.

Troszkę jak ślimak…

Bardzo rzadko uzmysławiamy sobie, że najczęściej wszystko, czego nam trzeba mamy przy sobie. Ja naprawdę bardzo mocno w to wierzę i tego się trzymam. Dlatego nie przeszkadza mi czekanie – nawet jak jestem sama jestem z najważniejszą osobą w swoim życiu, więc nie muszę nigdzie pędzić. Kolejka do dentysty, na poczcie czy w sklepie – tak długo jak moje dziecko nie płacze będę czekać grzecznie i zanurzać się w swoich rozmyślaniach.

Nie potrzebuję też nowych ubrań czy przedmiotów. Nauczyłam się, że bardzo często radość z posiadania jest chwilowa. Jeszcze lepiej poznałam siebie i zauważyłam swoje zachciewajki, które poza miejscem i straconymi pieniędzmi nie przekładają się na nic więcej. Przykład? Nowe farby akwarelowe – użyte 2 razy. Nowe cienkopisy do bujo – okazało się, że najbardziej lubię kolor czarny, więc cienkopisy oddałam. Od mniej więcej 2 lat najpierw pożyczam to, czego chcę użyć żeby sprawdzić czy FAKTYCZNIE będę danego przedmiotu używać. Często żeby się przekonać, że nie jestem zainteresowana posiadaniem czy korzystaniem z danego przedmiotu. Dopiero gdy testowanie przetrwa dłużej niż 3 tygodnie dokonuję zakupu. Polecam! W ten sposób przekonałam się, że nie będę robić shake’ów dzięki blenderowi;) Zaoszczędzony czas, pieniądze i podtrzymywanie złudnej nadziei, że tak nagle stanę się bardziej fit;)

Ekstremalnie – nie dla matek ; )

Usunęłam wczoraj WSZYSTKIE zdjęcia za swojego telefonu. Bardzo lubię robić zdjęcia, jest to moja pasjo-obsesja. Szczególnie od kiedy mam dziecko mogę w tej pasji płynąć – zawsze jest pretekst by jakieś zrobić. I na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że będę przeżywać ich brak, ale to tylko zdjęcia, najładniejsze mam na komputerze (z czego też w tym roku sporo usunę) a te najważniejsze wspomnienia mam w sercu i głowie. Wiem, że inne matki często się oburzą: nie mogłabym, bo to moje dziecko. A ja uważam, że mogę, bo zdjęcie nie jest dzieckiem. Ono jest tu obok, zdjęcie nie może stać się ważniejsze od osoby, która na nim jest.

Czy to minimalizm czy raczej podejście: mam wszystko w d….? Granica jest cienka. Nie wyobrażam sobie żeby jakieś przedmioty mówiły mi jak mam żyć, ograniczały moje ruchy, krzyżowały plany. Już sama taka myśl wywołuje we mnie bunt. Nie pozwalam na to, by rzeczy decydowały o moim życiu. I jeśli z powodu zdjęć w telefonie nie mogę użyć podstawowych funkcji telefonu to znak, że coś poszło w złym kierunku i trzeba to szybko skorygować. Bez żalu, bo to naprawdę tylko rzeczy.