MIRACLE MORNING – co to takiego?

Zawsze zadziwiało mnie w Amerykanach to, że potrafią wokół kilku prostych zwyczajów wytworzyć atmosferę cudu. Ich niezłomna wiara w siebie, w swoje możliwości, optymizm i pogoda ducha zdają się być czymś zupełnie odmiennym od naszej kultury.

Absolutnie nie mam zamiaru narzekać na naszą polskość – jak by nie była naprawdę ją lubię. Bo jest moja, bo jest otwarta na ludzi, bo jest pracowita. Jednak zadziwia mnie to, że Ameryka jest krajem w którym prosta, codzienna rutyna może zdobyć wielu wyznawców i rozkręcić wokół siebie gigantyczny biznes. Bo niestety, ale takie mam skojarzenie związane ze zjawiskiem Miracle Morning.

W kilku prostych słowach, a może nawet dosłownym tłumaczeniu Miracle Morning to Cudowny Poranek (poranek pełen cudów) – i ma on cię do nich doprowadzić. Autor książki – Hal Elrod – przeszedł naprawdę wiele, poważny wypadek szokująco uszkodził mu ciało pozbawiając nadziei na normalne życie. Wyszedł z tego ciężką pracą, ale w pewnym momencie dostrzegł, że się nie rozwija, stoi w miejscu a jego długi rosną pogrążając go w depresji. Uznał, że musi znaleźć czas na zmiany i zdecydował, że wystarczy parę prostych kroków wykonywanych o poranku służących rozwojowi – i tak właśnie powstała idea Miracle Morning.

Cały proces polega na tym, że wstajesz godzinę wcześniej rano i wykonujesz 6 prostych kroków. Jakich?

S – silence – czyli siedzenie w ciszy i kontemplacja. To czas na medytację lub jeśli ktoś woli – modlitwę. Można równie dobrze siedzieć w ciszy. Chodzi o czas chwilowego wyciszenia, wyłączenia, kiedy zbieramy siły przed nadchodzącymi wyzwaniami.

A – affirmations – afirmacje, czyli sformułowania, które powtarzane mają moc zmiany w naszym życiu. To kwestia, która od dawna już budzi moje wątpliwości. Uważam, że każdy z nas powinien myśleć pozytywnie, odrzucić negatywne schematy działania, ale nie jestem przekonana czy codzienne powtarzanie w kółko zdań „jestem szczęśliwa” rzeczywiście mnie nią uczyni. Jest to jednak krok zalecany.

V – visualisations – wizualizacje, czyli poświęcamy kilka minut na wizję siebie w przyszłości. Wyobrażamy sobie jak odnosimy sukces i jak się czujemy w chwilach realizacji marzeń. Amerykanie mocno wierzą w to, że wyobrażanie sobie takich momentów działa jak prawo przyciągania i ściąga je do naszego życia. Muszę przyznać, że z większą łatwością akceptuję wizualizacje jako środek do celu niż afirmacje.

E – exercise – ćwiczenia/ wysiłek/ ruch fizyczny. Hal Elrod zaleca by koniec Miracle Morning poświęcić na ćwiczenia, które natchną nas endorfinami i dadzą energię do działania.

R – reading – czytanie. To bardzo ważny aspekt każdego poranka. W jaki sposób chcemy iść do przodu, rozwijać się i realizować marzenia jeśli ciągle stoimy w miejscu? Hal Elrod zwraca uwagę na to, że lektura powinna być wartościowa i rozwijająca. To nie jest czas na książki podróżnicze czy beletrystykę, ale książki coachingowe, psychologiczne, służące rozwojowi.

S – scribing – czyli pisanie. Dość kluczowe jest tu prowadzenie dziennika, które ma się przełożyć w nasz wgląd w siebie. Codzienne zapisywanie nawet kilku zdań ma pozwolić nam prześledzić kierunek naszego rozwoju i cel, do którego zmierzamy. Oczywiście pod warunkiem, że z czasem powracamy do lektury i analizujemy to, co napisaliśmy.

Hmmmm…

Nie będę kryć, poczułam się rozczarowana. Mnóstwo osób polecało mi Miracle Morning jako odkrywczą metodę służącą do realizacji swoich celów. Filmy na youtubie pokazują cudowne zmiany jakie zaszły w życiu osób, które MM praktykują – i nie przeczę, na pewno pomoże on wielu niezorganizowanym czy zagubionym osobom. Osobiście jednak uważam, że zmieni on życie osób, które do tej pory nie robiły nic by się rozwinąć niż takich, które uparcie i konsekwentnie działają codziennie. Jeśli nie czytamy książek z zakresu psychologii czy nie wyobrażamy sobie wizji naszego życia to wdrożenie tych kroków w poranek może naprawdę to życie odmienić – bo zaczynamy się rozwijać. Bo coś robimy – nawet po te 10 minut dziennie – na czynności, które są przydatne.

Jednak idea „wciśnięcia” tych zadań w poranek jest dla mnie osobiście zbędna. A to dlatego, że lubię ćwiczyć – ale już niekoniecznie rano. Czytam książki coachingowe – ale niekoniecznie chcę od nich zaczynać dzień. Wizualizuję swoje życie najczęściej wieczorem, kiedy myślę nad swoimi celami. Słowem: większość tych elementów mam bardzo wygodnie wplecionych w swoją codzienność. I są codziennością – stałym, nieodłącznym elementem mojego życia. Od dawna tak je uporządkowałam, by znaleźć czas na te ważne aspekty – jak prowadzenie dziennika czy czytanie. Jedyny punkt, który mnie nie przekonuje to te nieszczęsne afirmacje. Może dlatego, że mam umysł praktyka a nie czarodzieja;)?

Niestety, kupienie e-booka przyniosło mi ogromne rozczarowanie, bo temat i główne przesłanie dałoby radę streścić w kilku zdaniach – a nie kilku rozdziałach, które są trochę przysłowiowym „laniem wody”. Rozumiem jednak, że jest to koncepcja, którą autor chciał ładnie owinąć w formę książki i sprzedać. Żałuję tylko, że żadna z pobliskich bibliotek nie posiadała egzemplarza tej książki…

Nie chcę tu nikogo urazić, uważam, że jeśli ktoś nie znajduje w ciągu dnia czasu na te czynności to idea Miracle Morning może naprawdę wiele ułatwić. Warto poświęcić nawet tę godzinę dziennie na własny rozwój. A jeśli nie znajdujemy jej w ciągu dnia to dobrze rzeczywiście zacząć od niej swój poranek. I żeby nie było – jestem zwolenniczką ustalenia konkretnej rutyny dnia powszedniego, ale niekoniecznie poświęcania całego ranka na to, czym mogę cudownie wypełnić dzień i więcej na tym skorzystać.

Paulina Wu

czytam, rysuję, tworzę, piję kawę, oglądam spadające gwiazdy, podróżuję, robię zdjęcia, uwielbiam herbatę jaśminową, psy, minimalizm i prostotę na zdjeciach... Żyję wzorkoffo i już!

  • Mi się w tym podejściu podoba właśnie to, że to nie musi być rano 😉 Przynajmniej ja to tak zrozumiałam – że chodzi raczej o stworzenie pewnego rytuału, który pozwoli „nakrecić się” na działanie.