5 rzeczy, których nauczyły mnie podróże

Uwielbiam podróżować i od kiedy mam właściwego partnera do podróży (czyli takiego który nie marudzi, nie wybrzydza, nie wykłóca się którędy mamy iść i nie rozpacza, gdy zmieniam trasę) robię to często i z prawdziwą przyjemnością. Ostatni wyjazd był dla mnie niesamowicie pozytywnym przeżyciem i w porównaniu do poprzedniego, (który okazał się katastrofą!!!) pozwolił mi uświadomić sobie kilka kluczowych kwestii dotyczących wyjazdów. Oto 5 rzeczy, których nauczyły mnie podróże!

Po pierwsze:

DOBIERZ ODPOWIEDNICH TOWARZYSZY PODRÓŻY

 

Nic tak nie psuje wyjazdu jak kłócąca się para albo kolega mający inną wizję spędzania wolnego czasu. To bardzo istotna kwestia, bo od tego z kim udamy się na taki wyjazd zależeć będzie to w jaki sposób go doświadczymy. Mam za sobą wyjazdy grupowe, na które mam tylko jedno określenie: KOSZMAR. Zgrać ze sobą 10 osób o bardzo silnych charakterach graniczy z cudem. Do tego próba pogodzenia ze sobą grupy, w której jedna połowa pragnie podróżować a druga wypoczywać jest bardzo trudna, bo wybór zawsze odbywa się czyimś kosztem.

Dlatego zanim zdecyduję się na wyjazd rozważam charakter osób, którym chcę go zaproponować. Wiem, że przy zbyt dużej grupie może być ciężko ustalić jeden front. Wybieram osoby, które mają podobny do mojego styl spędzania wolnego czasu. Lubię zwiedzać, oglądać, chłonąć – nudzi mnie leżenie w jednym miejscu zbyt długo. Dlatego jeśli ktoś spędza wakacje na smażeniu się na plaży uzna, że moja forma wypoczywania jest dla niego za aktywna. Dodatkowo jeśli wybieram pary to takie, które nie toczą ze sobą „wojen”.

Jasne, od czasu do czasu sprzeczki się zdarzają, nie można ich całkowicie wyeliminować, natomiast jeśli para rzuca się sobie do gardeł przy okazji wspólnego spotkania ze znajomymi to na milion procent będzie się kłócić na wyjeździe. Nie warto psuć sobie wypoczynku z powodu tego, że partner przyjaciółki odłożył jogurt w inne miejsce niż zwykle i ona uznała, że to świetny czas na wykład dotyczący podziału obowiązków w ich związku. Szanujmy się wzajemnie – dajmy sobie wypocząć.

Po drugie:

NASTAWIENIE TO PODSTAWA

Niby oczywiste, ale chyba często zapominamy o tym by uważać na swoje nastroje – tak by nie przesłoniły nam radości wyjazdu. Moja poprzednia wycieczka, a właściwie sama podróż, była tak nieprzyjemna, że przez kolejne trzy dni odchorowywałam to przeżycie. Patrząc na zdjęcia mogę powiedzieć, że byłam w przepięknym mieście, z niesamowitymi widokami, robiącymi ogromne wrażenie. ALE całość do dziś wspominam jako jedno WIELKIE ROZCZAROWANIE – nawet teraz czuję, że nie podobało mi się tam dosłownie wszystko, od pogody po jedzenie.

Tak bardzo skupiłam się na przeżywaniu złego nastroju, że zapomniałam jak uwielbiam podróżować i cieszyć się nowością, która kryje się w zwiedzaniu innych miejsc. Z perspektywy czasu jestem w stanie stwierdzić, że to nieodpowiednie nastawienie zepsuło mi cały wyjazd.

Do mojej ostatniej podróży nastawiłam się już zupełnie inaczej i ten czas określam jako fantastyczny. Była to z pewnością najlepsza wycieczka w jakiej uczestniczyłam. Architektura miasta wywoływała moje zachwyty, a jego sielska atmosfera i możliwość wypoczynku wśród wielkiej ilości fontann wprowadzały mnie w stan niezmąconego żadnym niepokojem relaksu. Tak samo pozytywnie zapalam się do kolejnego wyjazdu i nie mogę się go już doczekać!

Jednocześnie chciałabym przytoczyć historię, która zapadła mi w pamięć i jest odpowiednim komentarzem do tego argumentu:

Podróżnik zaczepił przechodnia przy bramie wjazdowej do miasta:

  • Jestem tu pierwszy raz, nie znam tego miejsca. Jacy są ludzie w tym mieście? 
  • A jacy byli w poprzednim, tym z którego przybywasz? – zapytał przechodzeń.
  • Okropni, źli, o podłym sercu – odparł podróżnik.
  • Tacy sami są w tym mieście, radzę ci stąd odjechać i poszukać innego… – odpowiedział współczująco przechodzeń.

Kilka metrów dalej zaczepił go inny podróżnik zadając to samo pytanie.

  • A jacy byli w poprzednim mieście, tym z którego przybywasz? – zapytał przechodzeń ponownie.
  • Życzliwi, serdeczni i przyjacielscy – odpowiedział podróżnik.
  • A zatem wjeżdżaj śmiało, bo tacy sami są ludzie w tym mieście.

Po trzecie:

ZADBAJ O SIEBIE – EKSCYTACJA ZABIJA REALIZM

 

Kiedy planuję wyjazd przepełnia mnie tak duża ekscytacja, że nie patrzę realistycznie na jego warunki „bytowe”, czyli sprawy organizacyjne. Potrafię zaplanować podróż tak by wyruszyć nocą wierząc, że o 7.00 rano będę na siłach by zwiedzać całe miasto i zameldować się w hotelu dopiero wieczorem – oczywiście pełna energii by wyruszyć na zwiedzanie po raz drugi. Doświadczyłam tego wiele razy – przeceniając swoje siły nie brałam pod uwagę tego jaki wpływ będzie miało na mnie zmęczenie.

Już teraz wiem, że po podróży (mówię tu oczywiście o dłuższych dojazdach, trwających 8-10 godzin), szczególnie po całym dniu pracy będę zmęczona i muszę dać sobie czas na regenerację. Zwłaszcza, że bardzo często pragnę wykorzystać ten wyjazd w pełni, zobaczyć ile się da i szkoda mi stracić go na poddenerwowane wynikłe głodem czy zmęczeniem. Nie zawsze jest to oczywiście potrzebne, ale w pierwszej kolejności ZADBAJMY O SIEBIE. Dopilnujmy by mieć czas na wyspanie, zjedzenie i regenerację. Zapewni nam to lepsze nastawienie, przyjemny nastrój i pozwoli zbudować wiele ciepłych wspomnień.

Po czwarte:

PRZYGOTOWANIA ZAOSZCZĘDZĄ CI NERWÓW

 

Nie wierzę w 100% spontanicznie wyjazdy. Wierzę, że można podjąć decyzję o wyjeździe z dnia na dzień, wierzę, że można określić cel w ostatniej chwili, ale nie wyobrażam sobie sytuacji w której jadę i liczę na znalezienie noclegu, szczególnie za granicą. Po pierwsze: kryje się za tym ogromny stres, bo nie chciałabym trafić do miasta w którym nie znajdę wolnego miejsca i będę musiała przespać się na dworcu (może ma to pewien urok kiedy wyjeżdża się dużą grupą, ale w parze jest to zbyt ryzykowne –  mimo wszystko trzeba być chociaż trochę ostrożnym, a spanie na dworcu i narażanie się na kradzież do takich nie należy), po drugie: narażamy się na ogromny wydatek.

Nie jestem zwolenniczką wydawania fortuny na wyjazdy, a zdecydowanie się na pierwszy – lepszy hotel, bo czas nas goni, mrok zapada, zaraz ktoś nam zajmie miejsce może skutkować przepłaceniem. Uwielbiam wyszukiwać naprawdę korzystne cenowo okazje – dobra lokalizacja, niska cena? Da radę, ale nie pod presją czasu czy okoliczności.

Zawsze mam przygotowane dojazdy i hotele, do tego sprawdzam, na spokojnie, dzień przed wyjazdem jak dojechać z lotniska do lokalizacji, która mnie interesuje oraz jak poruszać się po mieście do którego jadę. Nie chcę korzystać z usług taksówek, tubylcy nie zawsze porozumiewają się po angielsku albo nawet jeśli potrafią – niekoniecznie wiedzą jak dojechać do mojego celu i lubię w takich sytuacjach być przygotowana. To bezpieczeństwo sprawia, że przyjemniej przeżywam podróż – nie stresuję się, nie martwię, czuję się praktycznie jak u siebie. Wiem też, że jeśli wydarzy się coś niespodziewanego (przykład: przez opóźniony lot uciekł mi ostatni pociąg) to i tak jestem przygotowana, bo sprawdziłam wcześniej inne możliwości dojazdu.

 

Po piąte i najdziwniejsze:

ANGIELSKI NIE JEST CI DO NICZEGO POTRZEBNY

Pewnie wszystkich zaskoczę, ale… duży procent ludności w miastach, które odwiedzałam nie porozumiewa się w języku angielskim. Albo inaczej: porozumiewa się, ale się boi i nie mówi. Ty możesz mówić, oni cię zrozumieją, ale już niekoniecznie odpowiedzą. Standardem są pracownicy hotelu mówiący po angielsku, ale już obsługa – jak np. personel sprzątający może mieć problem by zrozumieć o co ci chodzi. To samo w restauracjach – będąc w Porto (Portugalia) praktycznie w 95% lokali byłam obsługiwana przez osoby nie mówiące w języku angielskim.

I wtedy też zrozumiałam, że wystarczy chcieć się dogadać – wskazać coś, wykonać gest, kiwnąć głową, pokazać w karcie – nie trzeba w ogóle nic mówić. Ba, wystarczy jak znasz kilka podstawowych słów by się przywitać, podziękować i pożegnać. Najważniejsza jest chęć – bo ludzie bardzo często chcą nam pomóc nawet jeśli bariera komunikacyjna to uniemożliwia i zrobią wszystko by to zrobić. Wystarczą dobre chęci.

Mam znajomych, którzy obawiają się wyjechać za granicę sami, bo boją się, że się nie dogadają. Kiedy im mówię, że nie muszą mówić po angielsku nie chcą mi wierzyć. Nie biorą pod uwagę faktu, że osoby mieszkające za granicą bardzo często również nie mówią płynnie po angielsku…

 

Oto moje jeszcze świeże wnioski z ostatnich podróży. Co dopisalibyście do mojej listy? Macie jakieś sprawdzone porady, przemyślenia, wskazówki? Zapraszam do komentowania:)

Paulina Wu

czytam, rysuję, tworzę, piję kawę, oglądam spadające gwiazdy, podróżuję, robię zdjęcia, uwielbiam herbatę jaśminową, psy, minimalizm i prostotę na zdjeciach... Żyję wzorkoffo i już!

  • Może nie zawsze język angielski się przyda, ale znając języki obce człowiek jadąc w obce miejsce na pewno czuje się bezpieczniej.

    • To na pewno, ale jeśli ich nie znamy nie powinniśmy się blokować przed wyjazdem:)

  • Podróże sprzyjają nauce języków obcych. Z każda kolejną wyprawą znamy je coraz lepiej, poznajemy kolejne słówka czy zwroty, które zostają w naszej głowie. Ale jeśli jedzie się w podróż samemu, nie na zorganizowane wyjazdy to zdarzają się różne, nieprzewidziane sytuacje i jakieś podstawy języka warto jest jednak mieć. Podam taki mały przykład – ostatnio we Włoszech, przy wyjeździe z autostrady zapodział nam się gdzieś bilecik. Przy bramce nie było obsługi tylko automaty, można było jedynie zadzwonić do obsługi. Tutaj niestety znajomość języka była konieczna. Ale bilecik się znalazł na szczęście po prawie 30 minutowych poszukiwaniach (dobrze, że była noc ciemna i ruch prawie żaden) więc i tak nie musiałam z tego korzystać 😉

    • Masz rację Aniu, ta sytuacja rzeczywiście wymagała j. angielskiego:) ja na szczęście jak dotąd nie miałam takich doświadczeń, natomiast mój brat miał: w Czechach ukradli jego koleżance dowód. Zgłosił się na policję by robić za tłumacza i okazało się, że nikt na komisariacie nie potrafi porozumiewać się po angielsku. Coś tam się na migi udało wyjaśnić, ale i tak sobie odpuścili.

      • no w zasadzie we włoszech też trudno było z kimś porozumieć się po angielsku 🙂 poza miejscami turystycznymi tez nikt za bardzo nie znał angielskiego.

        • to fakt:D! a jakże są dziwieni kiedy się okazuje, że się nie mówi w ich języku, jakby włoski był międzynarodowy:) ale przynajmniej się starają! w czasie mojego pobytu w Rzymie pojechałam metrem w złym kierunku i przeuroczy starszy pan próbował mi wytłumaczyć, że jestem w złym miejscu używając słowa error. Brzmiało przekomicznie: „error, no, error” i machanie rękami w drugą stronę. dało radę:D

          • hehe no nam też starali się pomagać 🙂 Efektem tego było tylko to, że się wszyscy uśmiali i dalej nikt nic nie wiedział… Ale fakt, że się starają 🙂 no i własnie po tej podróży stwierdziłam, że powinniśmy przestać mieć kompleksy językowe. W Polsce większość ludzi coś wyduka po angielsku, tam nawet młodzi mieli z tym problem… ale byli bardzo mili oczywiście 🙂

  • To prawda, dobór partnera w podróży jest bardzo ważny. Zwykle podróżuję sama, bo tak najlepiej mi przyswajać nową rzeczywistość i oddać się jej, ale kilka razy zdarzyło mi się wyjechać z marudami i długo osiągać kompromisy (strata cennego czasu i kiepski nastrój).

    • A najgorzej jak jeszcze wciągają człowieka w takie swoje spory albo odreagowują bo emocje buzują. Mówisz komuś: „odpuść, przecież nie chciał źle…” – i zaczyna się warczenie na ciebie… masakra;)

  • Bardzo ciekawy post – nic dodać, nic ująć 🙂

  • To, czego ja nauczyłam się w podróży – to, że dla mnie najważniejsza jest OTWARTOŚĆ – na wszystko, co niespodziewane, na wszystko, co piękne i co trudne. Gotowość przyjmowania świata – bez prób nadmiernego sprawowania nad nim kontroli 🙂 Całkiem niedawno podzieliłam się moimi myślami po rocznej podróży w moich NOTATKACH O PISANIU 🙂